- No
nie… po pierwsze, kim ty jesteś? I co robisz w mojej kuchni? I
nie wolno ci tak do mnie mówić! Co to ma być…
- Przyszłam
na obiad! Nie lubię stołówki. Mam na imię Juliette. Będę
zwracała się do pana Ferdinand, tak będzie prościej.
Komu
w tym momencie przypomniało się „Dzień dobry, przyszłam na
obiadek” Gieniusi z „Opium w rosole”, niech prędko podniesie
rękę. Niestety, poza tym skojarzeniem nie miałam równie
ciepłych. Sielskie anielskie obrazki rodem z kuchni Borejków nijak
nie pasują mi do tej opowieści, reklamowanej jako wzruszająca i
pokrzepiająca. Szybko się czyta, wciąga, ale nie mogę powiedzieć,
że się przy niej ubawiłam.
