Przy okazji ostatnich książkowych zakupów postanowiłam dać szansę kilku autorom, których wcześniej nie kojarzyłam. No i miałam ochotę spróbować czegoś lekkiego, niewymagającego. Ot takiego w sam raz na raz, na odstresowanie się. Tym sposobem w moim koszyku znalazła się "Agatha Raisin i wredny weterynarz", druga część serii poświęconej detektyw(ce)-amatorce w średnim wieku, zakręconej jak słoik korniszonów. Czemu druga? Przez tytuł sugerujący, że w książce przewinie się przynajmniej jeden zwierzak.
Nie było łatwo. Kolejne kartki przekładałam z coraz większą irytacją, kręcąc głową nad głupotą głównej bohaterki. Tytułowa Agatha to pani na emeryturze, a przy mężczyznach (zwłaszcza sąsiedzie) traci rozum. Nie przepadam za historiami ludzi, którzy wpadają w tarapaty z własnej winy, postępują nielogicznie i są naiwni, czym niemiłosiernie mnie drażnią. Pewnie bym zarzuciła tę książkę, gdyby nie zdążyła mnie rozśmieszyć już na 15. stronie. Kontynuowałam czytanie, wciąż kręcąc głową i wzdychając nad poczynaniami Agathy. Nawet nie wiem, kiedy skończyłam - do tego w świetnym humorze. Choć nie przeczę, że mogło mieć w tym udział popijane w międzyczasie wino. Wyjątkowo mi podeszło.
