„Zakony
psują dobrych ludzi, idealistów, którzy chcą czegoś więcej.
Jesteś zachęcana, by ślepo wierzyć, nawet jeśli się nie
zgadzasz. Czarne jest białe, białe czarne. Masz to przyjąć w imię
ślepego posłuszeństwa. Ja tak robiłam. To był gwałt na umyśle”.
Kiedy
sięgałam po „Zakonnice odchodzą po cichu”, niby
wiedziałam, co mnie czeka, ale i tak ciśnienie podnosiło mi się z
każdą przewróconą kartką. Na ledwo dwustu stronach autorka
zgromadziła masę danych na temat, który wcześniej niewielu miało
odwagę poruszyć: życie w żeńskim
zakonie – i po nim. Trudno stwierdzić, który etap był
trudniejszy do zbadania, wiadomo jedynie, że to tabu. Byłym zakonnicom nie wolno brakuje czasu, żeby o tym
rozmawiać. Matki przełożone patrzą surowo i odradzają pisanie,
bo „nic dobrego z tego nie wyniknie”. Bracia, którzy
zgodzili się wypowiedzieć, proszą, żeby nie podawać nazwy ich zakonu.
