Coś
mi się wydaje, że ta recenzja będzie równie obfita w słowa, a
uboga w konkret co recenzowana książka... Ale po kolei. W moje ręce
trafił debiut prozatorski Tomasza Organka, muzyka i kompozytora,
piosenkarza oraz autora tekstów. Człowieka, o którym dotąd nie słyszałam. Jak to mam w zwyczaju, przeszukałam sieć, żeby
trochę go poznać. Dowiedziałam się, że już wcześniej parał
się pisaniem, ale krótką formą i dopiero "Teoria
opanowywania trwogi" dała mu możliwość powiedzenia
wszystkiego tak, jak chciał (parafrazując za Newsweekiem). Tak więc
zasiadłam do lektury, mając świadomość, że trzymam w ręku
książkę pisaną przez artystę. Debiut, ale bynajmniej nie twór
niewprawnej ręki, dopiero uczącej się, jak trzymać pióro. Co
kryje się za niepozorną, minimalistyczną okładką? Opowieść o
wspólnej podróży Borysa i Anety (Niety), dwojga ludzi jednocześnie
bliskich sobie i obcych, różnych, a jednak zaskakująco podobnych.
Oboje uciekają przed światem, każde na swój sposób. Żadne nie
pasuje do rzeczywistości, z tym, że jedno z rezygnacją się z tym
godzi, a drugie agresywnie walczy.
