Od
przeczytania mija już drugi tydzień, a ja wciąż dumam. Czy
polubiłam (wreszcie) ekranizację. Co uważam za lepsze – książkę
czy film. Jak ubrać w słowa wszystkie emocje wywołane przez
lekturę. Zamiast odpowiadać na te pytania, sama zadam jedno. Czy
jest na sali ktoś, kto nie zna Johna Rambo? Dam sobie rękę uciąć,
że przynajmniej kojarzycie to nazwisko. Przejdźmy do treści
właściwej, czyli mojej subiektywnej opinii, zanim usłyszę w głowie głos Czarka Pazury („I wiesz co? I bym teraz, kur.a, nie miał ręki!”).
Trudno
mi pisać o książce bez odnoszenia się do filmu i chyba nie będę
się na to silić. O ile nie wszyscy, o tyle większość i tak
najpierw oglądała ekranizację. Jeśli chodzi o mnie, nigdy za nią
nie przepadałam. Do połowy „Rambo Pierwsza krew” był
dla mnie przykry w odbiorze. Dopiero później, gdy akcja nabierała
rozpędu, oglądałam prawie z przyjemnością. Zabierając się za
pierwowzór, oczekiwałam, że poznam powody tak bezwzględnego
traktowania bohatera przez szeryfa oraz jego podwładnych. Być może
je zrozumiem i zmienię o nich zdanie – oraz o samym Rambo. Czy
zmieniłam?