Wattpad.
Okryty złą sławą, budzący wiele, niekoniecznie pozytywnych
skojarzeń. Dla jednych wylęgarnia toksycznych tworów NieZwykłego,
dla drugich społeczność osób lubiących pisanie. Dla mnie
narzędzie, które ułatwia tworzenie dialogów. Serio, założyłam
konto, bo nie szło mi z nimi w Wordzie. Szybko odkryłam, że
sprawniej poprawiam tekst, no i nie okłamujmy się, fajnie, kiedy
ktoś go czyta. Moja blogerska dusza śpiewa na widok nowych
powiadomień.
Co
zabawne, początkowo nie interesowało mnie czytanie cudzych książek.
Pisałam, korygowałam, wklejałam do Worda i tyle. Zmieniłam
podejście, gdy przesłałam debiut do wydawnictwa, a redaktorka
wolała przeczytać go na Wattpadzie, zamiast otwierać załącznik.
Zaczęłam powoli, ostrożnie obwąchiwać tę platformę. Natknęłam
się na... naprawdę dziwne rzeczy. Co się nazgrzytałam zębami i
naprzewracałam oczami, to moje. Nie zabrakło pytań retorycznych
typu „gdzie rodzice?” i wzdychań „kiedyś były czasy, teraz
nie ma czasów”. Są tam fantazje o byciu porwaną
przez przystojnego mafiosa, rozkochaniu gwiazdy i/lub milionera. Są dziełka
pisane na telefonie w autobusie (hihi, nie chciało mi się
poprawiać, ale wchodźcie i komentujcie). Są shoty 18+, które
lepiej czytać z wiadrem pod ręką. Są niepokojące (moją
wewnętrzną nauczycielkę) ero-romanse z bad boy'ami, którzy tak
naprawdę nie są źli, tylko skrzywdzeni. Trzeba nauczyć ich
kochać, bohaterka ich zmieni i już będą słodcy jak pluszaczki.
Po mojemu fchuj toksyczne.