Tak po prawdzie to ja umiarkowanie lubię powieści historyczne. Nie znajdziecie ich na moim regale i raczej nie wypożyczam ich w osiedlowej bibliotece. Niemniej autorka Trylogii Białego Miasta wciągnęła mnie za uszy w sam środek swojej najnowszej opowieści. Całą sobą przeniosłam się do XII wieku, na wybrzeże Zatoki Biskajskiej, aby śledzić losy możnych rodów. Nie było mnie dla świata. Nie słyszałam powiadomień, zgiełku zza okna czy ganiania zwierzaków po mieszkaniu. Byłam tylko ja i „Akwitania”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva García Sáenz de Urturi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva García Sáenz de Urturi. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 listopada 2021
piątek, 6 marca 2020
"Władcy czasu" Eva García Sáenz de Urturi
Kiedy
przewróciłam ostatnią stronę „Władców czasu”, poczułam się
jak po obejrzeniu ostatniego odcinka „Sailor Moon”. Mimo
że od tamtego dnia minęło ponad dwadzieścia lat, wciąż pamiętam
ten zachwyt pomieszany ze smutkiem. Napięcie opadło, wszystkie
wątki podomykane, bohaterowie mogą wreszcie odpocząć i zająć
się swoim życiem. Elfy odpływają. Kurtyna.
wtorek, 12 listopada 2019
"Rytuały wody" Eva García Sáenz de Urturi
To wspaniałe, gdy zdobywa się dużą popularność już pierwszą książką, ma to jednak i mniej przyjemną stronę. Głównym problemem, z jakim borykają się znakomite debiuty, są (często nierealne) oczekiwania czytelników. Nie ma możliwości trafienia we wszystkie gusta, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że historia jest zbyt nudna, za bardzo kontrowersyjna, opisana zbyt rozwlekle, pomija zbyt wiele wątków, jest zbyt krwawa, za mało krwawa... Tak właśnie stało się z drugą częścią Trylogii Białego Miasta. Poniżej będę co nieco spojlerować wydarzenia z „Ciszy...”, więc jeśli ktoś jej nie czytał, a się przymierza, niech nie czyta dalej ;)
wtorek, 12 lutego 2019
"Cisza białego miasta" Eva García Sáenz de Urturi (recenzja przedpremierowa)
Sięgnęłam po "Ciszę białego miasta", skuszona zarówno opisem, jak i tym, że akcja książki dzieje się w Hiszpanii. Byłam przeziębiona, jakaś taka wymarznięta, więc z przyjemnością przeniosłam się w sam środek upalnego lata w zabytkowym mieście, gdzie właśnie zaczynały się Dia del Blusa, obchody ku czci Białej Panienki. Poprzedzało je święto bractw młodzieży, coś na podobieństwo juwenaliów, czyli wiadomo - dużo muzyki, alkoholu i szans na znalezienie miłości życia. Tzn. jednej nocy. Idealna pora łowów dla seryjnego zabójcy.
"Cisza białego miasta" przywitała mnie mocnym uderzeniem. Główny bohater, będący narratorem, poinformował mnie lakonicznie, że "skończył z kulą w głowie", stając się ostatnią ofiarą mordercy. Nie wiedziałam, co myśleć. Nie żyje? I dowiaduję się o tym tak po prostu, na drugiej stronie ponad 560-stronicowej książki?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



