Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Habanita, Molinard
Nuty głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy, brzoskwinia, malina
Nuty serca: róża, korzeń irysa, heliotrop, bez, ylang-ylang, jaśmin
Nuty bazy: żywica bursztynowa, mech dębowy, skóra, piżmo, benzoes, cedr, wanilia.
(za Fragrantiką)
Sama nazwa Habanita brzmi egzotycznie, kubańsko, zadziornie, zmysłowo, a kiedy do tego poczytamy recenzje, jakie można znaleźć w sieci, w niejednej głowie powstanie wizja zapachu hipnotyzującego, uwodzącego, a wręcz zwodzącego (na manowce). Jakie historie snuły się ponad otwartymi flakonikami, jakie wizje kreowały się przy każdym kolejnym zaciągnięciu... Czego to ja sobie nie wyobrażałam podczas czytania tych opisów! Jak może pachnieć zapach tak stary (powstały w 1921 roku), kojarzący się z bohemą, zblazowaną młodą Kubanką, prostytuującą się w nadziei na wyrwanie z biedy, wreszcie z zadymionym pubem i czerwonoustą kobietą w męskim garniturze, palącą od niechcenia cygaro? Po lekturze opisów ochrzciłam Habanitę "trupkiem w kwiatkach" i czekałam na nią prawie że z lękiem.
Domyślałam się, że będzie to zapach niedzisiejszy, inny niż cukierkowe klony, którymi modnisie oblewają się przed wyjściem do klubu. Żadna Euphoria tudzież Amor Amor. Jakkolwiek można (chyba) przeżyć zlanie się ulepkiem przez nieznającą umiaru niunię, tak hojne potraktowanie Habanitą siebie i otoczenia mogłoby wywołać torsje. Nie wyobrażam sobie, żeby jakiejś kobiecie mogło przyjść do głowy użycie jej w nadmiarze. Kiedy mimo wszystko próbuję, widzę panikę na ulicach, płonące auta i tłum ludzi uciekający przed gigantycznym herbatnikiem przemierzającym ulice niczym Ciastek ze Shreka.
Właśnie. HaBAniTa z HerBATnikiem wspólne ma nie tylko kilka literek. Miała być wiedźma z mokradeł, miała być zepsuta Kubanka (zepsuta w sensie hedonistycznym), miało być cygaro. Tymczasem poczułam starego, nieco zbyt słodkiego herbatnika, który zawieruszył się gdzieś w samym tyle kuchennej szafki. Trochę się przykurzył, kapkę zawilgł - na tyle, że nie ruszyła go żadna mysz. Po drodze obok herbatnika przewinęła się parę razy szminka, zalatując ni to pudrem, ni to (zjełczałym) kremem. Na szczęście krótko, rzadko i szybko. Według mojego niewprawionego nosa, co to ruszowych banałów nie lubi, ale niszą też się nie para, bo jednak za mało na to kontrowersyjny, nie taka Habanita straszna jak ją malują.
Po kilku godzinach Ciastek zaczyna mi pachnieć bardzo przyjemnym herbatnikiem. "Z tyłu" zapachu czuję śladową nutkę korzenną, zaś "z przodu" coś, co przypomina apetyczną konfiturę. Malinową? Być może. Wygląda na to, że nie tyle okiełznałam, co zwyczajnie oswoiłam Habanitę, praktycznie bez walki. A sadziłam się do niej jak pies do jeża. Do tego usłyszałam od chłopa: "Jak tak pachnie spocona Kubanka, to ja chcę na Kubę". Bez komentarza.
Podsumowując, mnie Habanita nie opowiedziała żadnej historii. Śmiem twierdzić, że wyobraźni mi nie brak, ale nie miałam żadnych wizji podczas poznawania tego zapachu-legendy. Ot, bogata kompozycja z przeszłości, z którą nijak mi nie po drodze. Kompletnie do siebie nie pasujemy, ale możemy spędzić miło czas, wymierzony w kroplach wypełniających odlewkę. Nie pójdę z nią na imprezę, ale na babskie spotkanie przy kawie i ciastku w mroźny zimowy dzień - jak najbardziej.
Zdjęcie jak zwykle z sieci
piątek, 25 maja 2012
5th Avenue, Elizabeth Arden
Czaiłam się na Aleję jak szczerbaty na suchary. Poznałam ją rok temu, ale wtedy tylko niuchnęłam, stwierdziłam, że ładna i poszłam dalej szukać idealnych perfum. Nawet zastanawiałam się nad zakupem, ale miałam ambicje znalezienia "mojego" zapachu, a nie zapachu po prostu ładnego.
Niedawno, będąc na zakupach w Rossmannie, podniosłam oczęta na półkę z perfumami i zobaczyłam Ją – piękną, smukłą i złotą, a do tego w promocyjnej cenie. Niepewnie popsikałam nadgarstek i dokończyłam zakupy. Po niecałej godzinie nie wytrzymałam, przygalopowałam z powrotem i sięgnęłam po butelkę. Aleja w końcu była moja!
To zapach elegancki, spokojny, stonowany – można rzec, że nudny. Mam to gdzieś, mój zapach nie musi bić po nosie, krzyczeć ani podstawiać nóg otoczeniu, by się kładło pokotem u moich stóp
Nie powiedziałabym, że jest seksowny, mój mężczyzna po powąchaniu stwierdził, że jest przeciętny. Ale jemu mało co się podoba
Dla mnie to klasa i szyk, nie jest moim ideałem, ale używam z przyjemnością.
EDIT 2014: Nie kupię więcej, choć lubię ten zapach. Bunt w ramach eko-oszołomstwa.
* Fotka z sieci.
środa, 23 maja 2012
Kenzo Amour EDP, Kenzo
Zadziwia mnie to jak bardzo może zmieniać się gust. Albo nie, nie gust, tylko sezonowe zachcianki. Nigdy nie przepadałam za słodkościami i kuci kuci "zapaszkami", bo kojarzyły mi się z głupiutkimi niuniami z dyskoteki, a poza tym mdliło mnie od nich.
O ironio, pewnego pięknego zimowego dnia zapragnęłam pachnieć słodko. I to tak słodko jadalnie, tak, żeby ludzie przy mnie głodnieli i chciało im się odwiedzić najbliższą cukiernię. Nastał czas Amour.
Przyznam szczerze, że prześledziłam wcześniej opinie o nim, zaufałam licznym zapewnieniom o perfumach ryżowo-mleczno-słodko-kaszkowych, babeczkowych wręcz. Tak strasznie chciało mi się pachnieć jak babeczka z budyniem!
I Amour taki jest. Pachnie słodko, kobieco, zmysłowo, choć muszę napisać, że nie jest to dokładnie to, czego szukałam. Nie jest aż tak jadalny. Poza tym TEGO pazura w nim nie wyczuwam, ale jest miły dla nosa, słodki, ale nie słitaśny. Nie pachnie tandetnie i kiczowato, klasy mu nie odmówię. I wiele razy usłyszałam, że ładnie pachnę.
Używam póki mogę, bo kiedy nastaną upały, Amour zacznie dusić. Ale kto wie, może wrócę do niego na zimę - o ile nie odkryję czegoś bardziej jadalnego. Poza tym jest w tych perfumach jedna drażniąca nuta, która mnie odrzuca. Całe szczęście znika szybko i pojawia się głównie na początku, kiedy przesadzę z ilością, ale jest ohydna: chemiczna, metaliczna, sztuczna. Taki zgrzyt zapachowy.
Reasumując, ciekawy i słodki, kobiecy. Działa na mężczyzn. Wybija się spośród pospolitych słodkości, pachnie "wyższą półką" i dodaje pewności siebie. Polecam.
EDIT 2015: W ramach eko-oszołomstwa (czyt. kupowania wyłącznie produktów marek, które nie testują na zwierzętach ani nie zlecają tego innym firmom) nie kupię więcej.
* Fotka z sieci.
niedziela, 13 maja 2012
Incandessence, Avon
Mam w swojej kolekcji perfumy drogie, zwykły zapachowy dezodorant, mgiełki i wody. Cenię urodę zapachu, a nie lans, że kupiłam sobie perfumy ęą, bułkę przez bibułkę za parę stów, a tańsze to śmiech na sali i szkoda nawet komentować. Dlatego mam też parę typów "katalogowych", a między nimi właśnie one, Incandessence.
Po pierwsze, przy której pisaniu ich nazwy zawsze muszę się skupić – dla mnie jest trudna
Może i czuć, że to nie drogie perfumy, może i nie są jakoś super trwałe, ale uważam, że są przepiękne. Opakowanie wyjątkowo pasuje do zapachu – tak samo jak ta pani w cudnej sukience, która reklamuje Incandessence.
Kiedy czuję ten aromat, zamykam oczy i widzę słońce, dużo słońca. Spokój. Słoneczne promienie załamujące się na rosnącej na drzewie brzoskwini. A może moreli? Może też być to wyjątkowo słodka gruszka, w każdym razie słońce pada na nią i ociepla złocistą skórkę. Prawie czuję dojrzałość owocu i sok ukryty pod powierzchnią. To chwila, w której czas przestaje mieć znaczenie. Spokój i harmonia. To nie jest zapach dla zabieganej bizneswoman – bardziej mi pasuje do młodej mamy w długiej sukience, bawiącej się z dzieckiem w ogrodzie w piękny letni (ale nie upalny) dzień.
Jestem spokojniejsza, kiedy nimi pachnę. Wyciszam się. Częściej się uśmiecham, mam wrażenie, że wydobywają z kobiety łagodność. Można je znaleźć tak tanio, że aż grzech nie kupić, a przynajmniej nie przetestować.
EDIT 2014: Są piękne, ale już ich nie kupię, ponieważ są produkowane przez firmę, która weszła na rynek chiński, co automatycznie oznacza możliwość (oczywistość) testowania na zwierzętach. Tak że ze smutkiem, ale mówię im "żegnaj".
Ewentualnie ustrzelę je kiedyś na Allegro bądź w jakimkolwiek innym miejscu, używane, z drugiego obiegu. Taka hipokryzja trochę, ale powodowana chęcią mania ciastka i zjedzenia ciastka. Innymi słowy, nie dołożę się sklepowi (marce), ale żeby cieszyć się zapachem, mogę go od kogoś odkupić.
* Fotka z sieci.
sobota, 7 stycznia 2012
Halloween EDT, Jesus del Pozo
Ile ja się o nim naczytałam! Od kilku lat śledziłam wątki, analizowałam recenzje, oczy mi się błyszczały do tej "tajemniczości" i "mroku". W końcu mała niepozorna buteleczka pojawiła się w miłej promocji w SF i ruszyłam z kopyta, żeby zakupić to cudo i przekonać się o potędze magii fioletu. Mało brakowało, a ręce by mi się trzęsły z wrażenia podczas otwierania pudełka zapachu-legendy.
I co? I nic. Mój nos napotkał... ładny i spokojny aromat. Żadnych zachwytów, orgazmów, omdleń i rozszerzonych źrenic. I tak się cieszę, że nie okazał się smrodkiem (brak trupów, cmentarza i metalicznego zapachu krwi, które przewijały się w recenzjach), nosi mi się go miło, ale spodziewałam się choć trochę kontrowersyjności.
Jest milutko. Lubię czuć go na sobie, przyjemnie przylega do ciała. Gdzieś w tle czuję coś słodkiego, bardziej cień słodkości (zamiast 'śladowych ilości orzeszków' mamy 'śladowe ilości banana'), a gdybym miała dobrać do zapachu jakąś scenę, widziałabym siebie, myjącą ręce w górskim strumieniu, przy którym rosną małe niebieskie kwiatki.
Niestety, nie robi wrażenia na otoczeniu. Nie usłyszałam jeszcze żadnego komplementu, ba! nawet żadnego: "O, nowe perfumy!" Jego wodnistość sprawia, że czasem odnoszę wrażenie, jakbym pachniała wyjątkowo ładnym płynem do płukania. Według mnie to JEST ładny zapach, ale zbyt spokojny, zbyt cichy - tak, jakby pachniał głównie dla siebie.
EDIT 2015: To jeden z tych zapachów, które upolowałam na fazie namiętnych poszukiwań idealnego fiołka. No i byłam go po prostu ciekawa, tak jak wszystkich ledżendarnych zapachów, które (nie lubię tego określenia) wypadałoby znać.
Nie kupię go więcej z kilku powodów:
- już go znam
- jest ładny, ale ładnych jest wiele
- z tego co wiem, należy do "ciemnej strony mocy", czyli marek testujących na zwierzętach. Samo to wystarczy, żebym już nie chciała po niego sięgnąć. Jeżeli się mylę, proszę o oświecenie.
* Fotka z sieci.
Marcadores:
fioł na punkcie fiołka,
Jesus del Pozo,
perfumy,
pseudorecenzja
sobota, 29 października 2011
Eclat EDT, Oriflame
Eclat... Nie wiem co jest z nimi nie tak. Używałam ich dawno temu, ale do dziś pamiętam to dziwne uczucie "oblepienia" zapachem - jakby mnie osaczył, otoczył, ograniczył i jeszcze coś na "o-".
Na początku zachwyt. Piękny, słodki, elegancki zapach. Miałam ochotę wylać na siebie całą butelkę, albo chociaż ją... wypić. Taki był śliczny, cudowny i słodki. Jednak z upływem czasu zaczął się do mnie kleić, miałam wrażenie, że zaraz cichaczem, wiotką żółtą smugą, wsączy mi się do nosa i zadusi, zabierze cały tlen i albo zacznę oddychać tą słodyczą albo zginę.
Nie wiem co to jest, jeśli to ma być słynne "otulanie", to ja bardzo dziękuję. Nie chcę.
Może z nim jest jak z kotem? Głaskany mruczy, wygina grzbietek, mruży oczka, ale kiedy pieszczot jest za dużo, kuli się, zaczyna bić ogonem i szukać drogi ucieczki. Zatem troszeczkę Eclat może zachwycać, na krótko i od święta, ale co dzień... Nie umiem sobie tego wyobrazić.
* Fotka z sieci.
niedziela, 29 maja 2011
Beyonce Heat EDP, Coty
Lubię różne zapachy - słodkie aż do ślinotoku, świeże, zimne, ciężkie i zmysłowe... Różne, w zależności od kaprysu i nastroju. Heat wypróbowałam z czystej ciekawości i jestem rozczarowana. Nosiłam ów zapach na sobie cały dzień i przyznam, że ciężko mi było go wytrzymać.
Jest słodki, ale nie tak jak lubię. Pachnie nachalnie, uczepia się nosa i mdli. Jeśli może być seksowny, to raczej "kociakowato". Nie kojarzy mi się wcale ze zmysłową i pewną siebie kobietą, ale z mocno wymalowaną panną z dyskoteki. Choć może i o to chodzi, wszak Beyonce wije się i kręci pośladkami w rytm najnowszych hitasów z klubu.
Szukałam ciężkiego i seksownego zapachu na imprezę lub zadziorną randkę. Z Heat na taką wyprawę nie pójdę, bo nie jest dla mnie ani seksowny, ani zadziorny. Wybiorę coś, co zwraca uwagę w odpowiadający mi sposób, a nie wierci w nosie owocową i słitaśną słodyczą.
Myślę, że w klubach z modną muzą zapach tej wody będzie unosił się w powietrzu i mieszał z innymi Amor Amorami czy entymi wersjami Escad. Z podobnymi do niego zapachami słodkimi w charakterystyczny ciężki sposób - taki, który rozpaczliwie próbuje nie zginąć w tłumie roztańczonych (spoconych) ciał. W takich miejscach odnajdzie się wyśmienicie. Ja po prostu wolę inne imprezy i co innego jest dla mnie seksowne ;)
Szczerze mówiąc, nie wiem czego się spodziewałam i na co liczyłam, sięgając po zapach celebrycki. Może zrobiłam to dlatego, że byłoby fajnie znaleźć coś dla siebie na bardzo przyjaznej dla portfela półce cenowej? Dziś, jako uświadomiona konsumentka łamane na eko-oszołom, unikam produktów marki Coty, więc i żal mniejszy.
* Fotka z sieci.
poniedziałek, 23 maja 2011
DKNY Red Delicious EDT, Donna Karan
Jestem miłośniczką świeżych i cytrusowych zapachów, choć czasem mogę je zdradzić z czymś bardziej zmysłowym. Zależy od nastroju. Nigdy nie wiadomo co i kiedy mi się spodoba, jak to miało miejsce z Red Delicious.
Apetyczne i soczyste czerwone jabłuszko poznałam na studiach, kiedy koleżanka przyniosła mi je do sztachnięcia się. Powąchałam i... zachwyciłam się! Wyraźnie poczułam grapefruita, który uwielbiam - zarówno jeść, jak i nim pachnieć
Kiedy psikałam się nim zbyt intensywnie, zalatywał mi jakimiś mydlinami, taką dziwną sztucznością, z czasem nauczyłam się, że im go mniej, tym ładniej pachnie.
Alkohol używany rozsądnie nie szkodzi w żadnych ilościach ;)
Podobno zostawia za sobą jakiś tam ogonek, choć mnie akurat na tym nie zależy. Drażnią mnie panny, za którymi można trafić po zapachu, bo wylewają na siebie pół butelki, mając głęboko w poważaniu, że ptaki spadają z drzew, kiedy one idą ulicą. Kojarzy mi się to z totalnym brakiem klasy plus mam świadomość, że taka osóbka nie miała nigdy prawdziwych perfum. Wyobrażacie sobie wylać na siebie np. Chanel? Pół dzielnicy zwija się na podłodze w konwulsjach, a drugie pół w obłędzie próbuje pozbyć się nosa. Co za dużo, to i świnia nie zje.
Taka dygresja.
W każdym razie Red Delicious nosiło mi się dobrze, choć nie wydaje mi się, żebym miała go jeszcze kiedyś kupić. Nie tylko dlatego, że Donna Karan to "zły" koncern, choć jest to jeden z najważniejszych powodów omijania przeze mnie produktów tej marki. Po prostu, było, minęło.
* Fotka z sieci.
niedziela, 23 maja 2010
Amor Amor EDT, Cacharel
Kompozycja zapachowa tych perfum powinna powalić mnie na kolana. Szkoda tylko, że w Amor Amor nie czuję ani tego grapefruita ani innych owoców (nawet "owocków"). Czuję tylko... róż.
Właśnie tak. Gdyby kolor różowy miał zapach, pachniałby właśnie Amor Amor. Aż dziw, że butelka jest czerwona, nie różowa. Drażni mnie ten zapach niemiłosiernie. Wcześniej mówiłam: "Gdyby istniał różowy pieprz, to tak by pachniał". Później odkryłam, że owo "cudo" istnieje.
Amorek pachnie słodko, ale jednocześnie świdruje w nosie, drażni i prowokuje do kichania. Nie mogę powiedzieć, że to brzydki zapach, że śmierdzi. Nic z tych rzeczy. Po prostu źle mi się kojarzy - z modnie ubraną "niunią" z tipsami, ganiającą po trendy klubach i chichrającą się z byle czego. Z taką, która kupuje podróbki zapachów na topie, a że takowe nie pachną długo, to i zlewa się nimi do upadłego (gdzie popadnie - po szyi, po włosach, rękach, ubraniu), zmuszając otoczenie do wątpliwej przyjemności wdychania oparów.
Tak, jestem nieobiektywna. W byłej pracy mieliśmy niunię, która dokładnie tak robiła, przez co "zepsuła" mi odbiór Amor Amor skojarzeniem z tego typu dziewczynkami. I perfumy wylądowały w szufladce zapachów noszonych przez miłośniczki tego co "słodkie, modne i zdecydowanie w za dużej ilości". Może używane z głową byłyby odbierane zupełnie inaczej? Bo, jak mówię, nie jest to zapach brzydki sam w sobie.
Ponoć podoba się mężczyznom, ale nie mogę tego potwierdzić. Zaprzeczyć też nie mogę - po prostu nie słyszałam na jego temat niczego prócz żali na intensywność użytkowania ;)
Nawiasem mówiąc, Cacharel należy do "złych" koncernów, więc nie kupuję jego produktów, ale i bez tego nie sięgnęłabym po Amor Amor. Nie moja bajka.
* Fotka z sieci.
Obsession EDP, Calvin Klein
Ponoć Obsession to zapach typu "kochasz" lub "nienawidzisz", ewentualnie "walczysz i dajesz szansę". Ja uciekam, bo zapiera mi dech w piersiach. Bynajmniej nie z zachwytu - zwyczajnie nie mogę oddychać. Zabiera mi tlen.
Ten rodzaj ciężkiej, skoncentrowanej słodyczy nijak nie kojarzy mi się z kobiecością. To ulepek, którego nie odbieram w kategoriach seksowności. Oczyma (czy może bardziej nosem) wyobraźni widzę grubą babę w futrze, taką trochę nową ruską. Ewentualnie dziewczę z dyskoteki, ubrane w skąpe mini i bluzkę z cekinami. No tak mi się kojarzy, nie ma się co obrażać. De gustibus i takie tam ;)
Z kolei butelka kojarzy mi się ze staroświeckim płynem po goleniu. Możliwe, że już trochę się z nią oswoiłam, bo kiedyś wydawała mi się zbyt zwyczajna, brzydka i przeciętna jak na moc ataku spod korka. Dziś uważam ją po prostu za zwykłą, może nawet klasyczną.
Zapach... Cóż, mówiąc krótko, dla mnie jest okropny, duszący, koszmarny. Nie obchodzi mnie, czy rozwija się później w piękny, zmysłowy i kobiecy, nie chcę czekać tyle czasu, żeby go poznać. Chcę się go jak najszybciej pozbyć z zasięgu nosa i nie musieć już czuć.
Bogu dzięki, żadna z moich koleżanek go nie używa, bo nie zniosłabym tego. Gdyby jakaś okrutna kobieta wypsikała się Obsession w lecie, zagryzłabym ją.
A propos, takie przeżycie miałam tylko raz. W niemiłosiernie upalnym dniu w sklepie stanęła przy mnie baba, która wylała na siebie coś straszliwie waniliowego. Musiałam wyjść, nie było innej opcji - albo to albo paw między regały. Następnym razem może ktoś obełta jej buty, to się nauczy.
Podsumowując, Obsession to chyba jedyny zapach, którego nie jestem w stanie wytrzymać na/przy sobie i który może mnie wykurzyć z każdego, nawet najpiękniejszego miejsca.
* Fotka z sieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









