Kojarzycie filmy, w których na dzień dobry poznaje się zakończenie, aby w ciągu dwóch godzin śledzenia fabuły zdążyć o nim zapomnieć? Kiedy dobijamy do finału, jesteśmy bardzo zaskoczeni sposobem, w jaki potoczyła się historia. Na ten moment przychodzi mi do głowy jedynie „W sieci zła” z 1998 roku. Na początku słyszymy: „Opowiem wam o tym, jak omal nie umarłem”, a potem widzimy głównego bohatera (Denzel Washington), który mknie przed siebie w szaleńczym pędzie. Po krótkiej chwili opada z sił, zalega w śniegu i nieruchomieje. W „Nikt, tylko my” na pierwszej stronie czytamy:
„Dom opowie im, co się wydarzyło. Wszystko tutaj pragnie opowiedzieć swoją historię. Mówią, że prawda nas wyzwoli.
Są w błędzie”.
