Łagodnie rzecz ujmując, nie przepadam za latami 50-tymi. To czasy wciąż pamiętające wojnę, w której kobiety pilotowały bombowce czy obsługiwały działka przeciwpancerne. Nie mówiąc o kryptoanalityczkach zajmujących się łamaniem szyfrów. Kiedy mężowie wrócili z frontu, zapragnęli starego porządku, czemu przyklasnął tzw. marketing. Ruszyła machina propagandowa, która zaczęła wtłaczać społeczeństwu do głów jedyny prawilny wzór kobiety – żony i matki. Co tam kariera, talent czy marzenia. Osiągniesz szczęście, gdy jakiś mężczyzna ci się oświadczy. Pracują tylko te, których nikt nie chciał (utrzymywać). Prowadź dom, wychowuj dzieci, ale przede wszystkim dbaj o zadowolenie pana męża. Jak to dobrodusznie kwitowała reklama Heinza: „Obecnie większość mężów przestała bić swoje żony, ale cóż może być bardziej bolesnego dla wrażliwej męskiej duszy niż nuda przy stole”.
