Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Pierwsze spotkanie z henną (Khadi)

Notka przekopiowana z Pazurka, aby o alternatywnej metodzie farbowania włosów mogło przeczytać więcej ludzi niż tylko moi znajomi ;) Będę tak robić raz na jakiś czas - ewentualnie w drugą stronę, czyli przekierowując notki z Kuferka na blog prywatny.

Uwaga, bedzie notka kosmetyczna! A raczej komiks. Nie mogłam się doczekać i rozpakowałam hennę. Popychana lenistwem, chciałam uporać się z tym przed sprzątaniem łazienki (jak się okazało, bardzo słusznie, bo utytłałam absolutnie wszystko). Uprasza się o niezwracanie uwagi na jakość zdjęć.
Muszę pochwalić Pocztę Polską. Zamawiałam to w Nowy Rok, kiedy normalni ludzie powinni - niczym niedźwiedzie w barłogach - spać w domach ciężkim snem człowieka na wielkim kacu, a przyszło w piątek. Jestem pod wrażeniem, bo spodziewałam się paczki najwcześniej w poniedziałek.
Śmierdziało jeszcze gorzej niż wyglądało. Chemiczne farby jadą amoniakiem, więc też średnio przyjemnie, ale zapach tego czegoś przypominał ni to skoszoną trawę, ni to szpinak. W każdym razie coś świeżo pożartego przez krowę i zaraz przez nią zwymiotowanego.
Konsystencja wyszła mi w miarę dobra (z naciskiem na "w miarę"), ale masa szybko zastygała, zaczęła się źle rozprowadzać i końcem końców zostałam z zielonymi rękami.
"Matko, smaruję się kupą! Krowią kupą!"
Dwie godziny później... Miałam wrażenie, że  włosy mam sklejone grubą warstwą błota i piasku. O dziwo, rozczesałam się, nie wytargując... nie wytargiwając... bez wyrwania sobie połowy włosów. Za to posypał mi się z głowy malowniczy zielony łupież. W łóżku musiałam spać przy samej ścianie, nie dostałam buzi ani pozwolenia na przytulenie się. Sierściuch też dobitnie pokazał, że zapach go nie zachwyca. Zazwyczaj śpi przodem lub tyłem do mnie, z głową na tej samej poduszce. Dziś obudziłam się, mając jej zad centralnie nad głową. Łebek miała wciśnięty w róg ściany, tak daleko ode mnie, jak to tylko możliwe. Zrozumiałam aluzję i poszłam się umyć.

Podsumowując: włosy są miękkie, błyszczące i mam wrażenie, że trochę grubsze. Wydaje się, że złapało w miarę równo i włosy są ładnie brązowe. Ale ten smród... Jest niesamowity! Naprawdę zbiera mnie na wymioty. Rano włosy pachniały jak bardzo stara, stęchła, zepsuta herbata albo siano, które długo leżało na łące i zdążyło kilka razy zmoknąć. Po spacerze do kina i ocenie koloru w świetle dziennym stwierdzę, czy było warto. Na chwilę obecną nie jestem tego pewna. Póki co, siedzę i śmierdzę.

poniedziałek, 6 października 2014

Organiczny olej rycynowy

Kupiłam go, bo wyczytałam, że to najbardziej błyszczący ze wszystkich olejów, przez co można go wykorzystać do, nomen omen, błyszczyków. A skoro już olejuję włosy, smaruję twarz olejami, a nie kremem, czemu by nie pójść dalej i nie zacząć samodzielnie majstrować sobie kosmetyków? Wyszorowałam zatem opakowanie po błyszczyku, zakupiłam olej rycynowy w wersji organicznej, sporządziłam miksturę (50/50, olej rycynowy i olej z pestek moreli) i mam.


 I nie lubię. Jest obrzydliwie lepki - po poznaniu leciutkiego i wodnistego oleju z pestek moreli czy nasion słonecznika ten w niemiły sposób przypomniał mi, że mam do czynienia z o-l-e-j-e-m. Jest dokładnie taki, jak wyobrażałam sobie olej kosmetyczny, będąc całkowitym laikiem. Źle mi się go rozprowadza, a do tego śmierdzi.

Przy używaniu błyszczyku sporządzonego na jego bazie czuję dyskomfort, więc robię to tylko po to, żeby go zużyć. Bo co z tego, że usta się błyszczą, skoro mi capi pod samym nosem? Zatem wiadomo, że nie zrobię sobie drugiego błyszczyku z tym olejem (zwłaszcza, że satysfakcjonujący połysk na ustach daje mi mieszanka oleju kokosowego i masła shea z kroplą oleju z awokado - a do tego jak nawilża...). Ale...


Kilka dni temu wyjęłam go z lodówki z kwaśną miną i, nie mając pomysłu, jak sprawić, by pełna buteleczka stała się pusta (pomijając opcję nieekonomicznego wylania zawartości do zlewu czy wypicia - nie mam, na szczęście, problemów z zaparciami), nałożyłam go na włosy. Połaziłam nieco z polepionymi, poszłam się umyć, a potem... zachwyt! Po żadnym oleju włosy nie były tak błyszczące, gładkie, śliskie w dotyku. Nawet po Amli. Z marszu odszczekałam wszystkie niemiłe słowa pod adresem oleju rycynowego, włącznie z tym, że już w życiu go nie kupię. Bo kupię, a i owszem. Raz na 2 tygodnie mogę trochę pośmierdzieć - dla takiego efektu warto.

Cena: kupiłam go w sieci za ok. 5,40 zł/30 ml, ale pewnie można znaleźć go gdzieś jeszcze taniej.

*Fotki z sieci

piątek, 1 sierpnia 2014

Khadi, Herbal Hair Colour – ziołowa farba do koloryzacji włosów

 
W ramach eko-oszołomstwa postanowiłam nie dać już ani złotówki Lorealowi i innym koncernom produkującym farby do włosów i zapoznać się z tą słynną henną. Powiedzieć, że jestem zadowolona z efektów to zdecydowanie za mało - nie tyle, że kolor wyszedł mi cudny, głęboki i z czerwonymi refleksami, to jeszcze włosy wyraźnie mi się wzmocniły. Zauważyłam, że o wiele mniej mi ich wypada, są błyszczące i bardzo gładkie. Lubię się nimi bawić i często łapię się na tym, że podczas pracy dotykam kosmyków.

Nakładałam papkę zgodnie z instrukcją. Robiłam to dokładnie krok po kroku, nie dokładałam żadnych kaw, soku z cytryny ani niczego innego, bo bałam się, że coś zepsuję (robiłam to pierwszy raz i wolałam nie eksperymentować). Trzymałam hennę na włosach 2 godziny.

O dziwo, nie miałam jakichś wielkich problemów z rozczesaniem. A tak się tego bałam po przeczytaniu opinii w sieci.

Podsumowując, na pewno jeszcze nieraz kupię tę hennę. Widzę w niej tylko jeden minus - niemiłosierny SMRÓD!! Śmierdzi mi strasznie, prawie że do porzygu, naprawdę ciężko wytrzymać. Ale dla takich efektów się poświęcę. Najwyżej złapię wcześniej lekkie przeziębienie ;)

Uaktualnienie, 23 maja 2015 roku

To była moja pierwsza recenzja henny Khadi, naskrobana na Wizażu. Od tego czasu farbowałam w ten sposób włosy kilkukrotnie i jestem tylko coraz bardziej zachwycona. Kolory wybieram podobne ot jasny brąz, ciemny brąz. Obecnie nie boję się eksperymentów i zamiast wody używam kawy, dodaję paprykę, cytrynę plus odżywkę. Pewnie będę dodawać jeszcze inne rzeczy, kiedy tylko dowiem się, że dają fajne efekty. Aaa! I za każdym razem utleniam mieszankę przed nałożeniem (siedzi całą noc w ciepełku).

Nie ma ani jednego powodu, dla którego miałabym wrócić do chemicznych farb, w tym do Palette, której byłam wierna przez wiele lat. Henna rules! ;)

W końcu zabiorę się za jakąś bardziej porządną recenzję (choć z rozsądkiem, rzecz jasna - brak mi czasu na profeszyn-seszyn), bo henna po prostu na to zasługuje.

*Fotka z sieci.

piątek, 23 maja 2014

Olej arganowy – złoty eliksir młodości (Organique)


Aktualnie jestem w fazie zachwytów nad tym olejkiem i, póki co, ma według mnie tylko jedną wadę - cenę. Kupiłam go na organikowej wyspie w Bonarce (Kraków) za 65 zł, a wahania stłumiłam, tłumacząc sobie (swojemu sknerstwu), że olejek jest wielofunkcyjny, więc zastąpi mi kilka kosmetyków. I zastąpił ;)

Dopiero rozpoczęłam zabawę z olejowaniem włosów i właściwie to nie wiem, czy są błyszczące z jego powodu, czy dlatego, że nie używam już koncernowych kosmetyków. Poczekam jakiś miesiąc-dwa i wtedy napiszę jak się sprawuje na włosach.

Jeśli chodzi o używanie w charakterze balsamu, jestem pod wrażeniem gładkości skóry. Podoba mi się, że nie pozostawia na niej lepkości, tylko szybko się wchłania. Strasznie mnie to zawsze denerwowało, kiedy potraktowałam się np. oliwką dla dzieci i potem lepiłam do wszystkiego. Ale największy zachwyt wzbudza we mnie skóra twarzy po użyciu olejku. Nie jest tłusta! Nie używam go codziennie, żeby nie przesadzić - tak 2-3 razy w tygodniu. Po każdym zastosowaniu skóra jest gładziutka, delikatna i przyjemnie nawilżona, ale nie tłusta. Nie ma na niej denerwującej powłoczki, która zostaje na palcach.

Olejek sporo kosztuje, ale uważam, że warto wydać większą kwotę na produkt naprawdę znakomitej jakości.

Uaktualnienie, rok później, dokładnie 23 maja 2015 :)

To był mój pierwszy olej, dlatego darzę go dużym sentymentem. Bardzo dobrze mi się go używało, ale dziś wiem trochę więcej o naturalnej pielęgnacji i dlatego raczej już go nie kupię. Przede wszystkim:
- są tańsze, a równie dobre (patrz: moja miłość do oleju ze słonecznika czy oleju ze słodkich migdałów)
- wolę wersje pure, najlepiej organiczne, ewentualnie naturalne. Nie przeszkadza mi, że często nie tyle nie pachną, co śmierdzą, a do tego są w aptecznych buteleczkach, a nie w pięknych, luksusowo wyglądających opakowaniach. Liczy się działanie, nie opakowanie.

Jak ładnie mi się zrymowało! :)

* Fotka podpierdzielona z sieci.

czwartek, 22 maja 2014

Emulsja do włosów Gloria, Malwa


Jeszcze rok wcześniej pewnie nie zwróciłabym uwagi na niepozorną buteleczkę stojącą nieśmiało na półce. Gdzie takiemu Kopciuszkowi do krzyczących kolorami koncernowych odżywek, wypachnionych i bielutkich, że ach och.

Ona taka nudna z zewnątrz, kolor jakiś dziwny, zielonkawy i zapachem nie zachwyca... I to mnie właśnie zachwyciło, kiedy w końcu zaczęłam wybierać kosmetyki świadomie, wczytywać się w składy i doceniać prostotę, a nie natrętnie reklamowaną chemię. Dobry produkt obroni się sam.

Gloria działa. Właściwie tyle by wystarczyło, ale rozwinę. Włosy mam cienkie i delikatne, łatwo się plączą. Po nałożeniu Glorii rozczesują się właściwie samą wodą, już przy spłukiwaniu. O mało której odżywce mogę to powiedzieć, a testowałam ich już sporo. Podoba mi się, że nie jest perfumowana, podoba mi się też jej "glutkowatość" i kolor. Kojarzy mi się z naturalnością.

Jak dla mnie ma same zalety, a do tego jest taniutka. Kosztuje raptem parę złotych - nie pamiętam, ale coś między 4 a 6 złotych. Potrafię pojechać do Oszołoma (Auchan) specjalnie po nią, a wcale nie mam blisko To chyba najlepsza recenzja.


* Fotka z sieci.