Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2022

W gorszym czasie

Nie idzie mi czytanie. Zabrałam się za trzy książki i każda mnie w jakiś sposób odpycha. „Była sobie rzeka” jest piękna i tak spokojnie sobie płynie (jak rzeka), ale jakoś nie na miejscu mi ją teraz czytać. „Republikę smoka” od tygodnia pokrywa kurz. Kompletnie nie mam ochoty po nią sięgać, choć sama książka niczemu nie winna. Ostatnia natomiast, „Oswobodzenie Dzikiej Kobiety”, to dla mnie prawdziwa katorga. Bardzo chciałam, żeby nie okazała się peanem pochwalnym na cześć Maryi, tylko opowiadała o żeńskiej sile. Bardzo chciałam, żeby autorka „Biegnącej z wilkami” mnie nie rozczarowała. Tymczasem wygląda na to, że na stare lata zmieniła się w egzaltowaną nawiedzoną. W pierwszej chwili miałam napisać „dewotkę”, ale nie do końca tu pasuje. W każdym razie przebrnęłam przez połowę i już widzę światełko w tunelu. Uparłam się, że to przeczytam. Dam radę! Co nie zmienia faktu, że bardziej nie czytam, niż czytam i wolę poświęcać czas filmom. 

niedziela, 13 maja 2018

Majówka w Szczyrku

Dziś tak trochę nietypowo, nie-książkowo, ale poznałam wspaniałe miejsce i uważam, że warto puścić w świat informację o nim. Choć dopiero teraz znalazłam czas, żeby przysiąść i opisać nasz wyjazd do Szczyrku i majówkę w Malinówce.

Majowy Szczyrk jest radośnie zielony i cudownie pachnie bzem. Jak przystało na miejscowość dłuższą niż szerszą, daje turystom wspaniałą możliwość spaceru główną ulicą (biegnie przez niego droga wojewódzka numer 942) i karmienia oczy zielenią pokrywającą wzgórza. Widać, że to miasteczko wyraźnie turystyczne - praktycznie co dom to pensjonat - do tego w dużej mierze ukierunkowane na sporty zimowe, w tym narciarstwo. Jednak ani przez chwilę nie mieliśmy poczucia, że to nie ten czas, że Szczyrk jest ciągle w uśpieniu i dopiero zimą pokaże swoje najpiękniejsze oblicze. Powiem więcej, jestem przekonana, że szczególnie zachwyca jesienią, kiedy zieleń otaczająca go z każdej strony zaczyna zmieniać się w różne odcienie brązu i złota. Jest warty tego, żeby się o tym przekonać, więc kto wie, czy nie zjawimy się w nim w okolicach września czy października. Choćby tylko na kubeczek barszczu, o którym później...

piątek, 10 lipca 2015

niedziela, 5 lipca 2015

Na zakupy z facetem? No way!


Uwielbiam chodzić sama na zakupy. Mam wtedy święty spokój – nikt mi nie ględzi nad uchem, nikt nie stoi przy mnie jak pies na deszczu, tęsknie zerkając w stronę drzwi, nikogo nie znosi w stronę kas, kiedy mam jeszcze chęć przejrzeć kilka rzeczy (ciuchów, kosmetyków, whatever) i pozastanawiać się nad tym które i czy w ogóle kupić. Nikogo nie muszę zostawiać przed wejściem do drogerii, żeby wraz z innymi nieszczęśnikami siedział na ławeczce ze zwieszoną głową i odliczał minuty do końca męczarni. Brak takiemu tylko smyczy, na której można by go było przywiązać do jakiejś paprotki. Zaiste, smutny widok.


Na zakupy w duecie wybieramy się tylko i wyłącznie, kiedy w grę wchodzi zapełnienie lodówki albo kupienie jakiegoś ciuszka (bardziej stresująca sytuacja), który jest NAPRAWDĘ potrzebny. Przed rzuceniem się sobie do gardeł i tarzaniem między regałami chroni nas wtedy lista z produktami do odfajkowania. „Checked!”, długopis skreśla jeden po drugim kolejne rzeczy. Uff! Odbębnione, możemy wziąć azymut na kasę i, zadowoleni z siebie, wyjść ze sklepu. Kolejny raz obeszło się bez rozlewu krwi. Zwycięstwo!

Ale nie zawsze tak było. Dobrze pamiętam te chwile stękania, cierpiętniczych min, wleczenia się noga za nogą jak na ścięcie – ogółem psucia mi przyjemności zakupów. Nie to, żebym namiętnie uwielbiała rajdy po galeriach, ale czasem trzeba coś kupić i byłoby fajnie nie robić z tego tragedii, tylko wziąć sprawę na klatę i pójść na współpracę. Skracając dzięki temu nie tylko swoje męki. Przeszliśmy wiele nierzadko trudnych rozmów i ustaliliśmy plan działania, który pozwala nam wyjść ze sklepu w takim samym składzie/stanie, w jakim do niego przyszliśmy.


Dziś mogę się tylko (gorzko) uśmiechnąć, kiedy mijam w galerii parę, w której ona nadąsana idzie przodem, a misiaczek sunie z tyłu, pomstując na czym świat stoi. No sama słodycz, randka idealna. Czy naprawdę nie lepiej wybrać się osobno i oszczędzić sobie nawzajem nerwów? Czy naprawdę lepiej użerać się z misiaczkiem między regałami niż w samotności (chlip!) na spokojnie kupić co trzeba? Albo wybrać się na shopping z koleżanką i w ten sposób zrelaksować? Wiem, że sporo babeczek to lubi, więc w czym problem?

Nie mówię o zakupach dla rodziny, bo to trochę inna sprawa. Mówię o jednej z wielu opcji spędzania wspólnie czasu – a wezmę se misia na randkę w galerii, bedzie fajnie. Nie, nie będzie, jeśli misiu tego nie lubi, jeśli misia to nudzi, jeśli jest tylko kwestią czasu, kiedy misiowi pęknie żyłka przy ślęczeniu w przymierzalni.

 
Naprawdę nie musicie 24 godziny na dobę oddychać tym samym powietrzem. Wszystko jest kwestią dogadania się dwojga osób. Banalne, ale prawdziwe.

* Wszystkie fotki znalezione w sieci.

czwartek, 20 września 2012

Friendship


 Chwila spokoju...