Czuję
się jak prostacki namiestnik Gondoru, który podczas śpiewu
Peregrina żarł tak, że odechciewało się jeść do końca dnia.
Odrywał mięso wielkimi kęsami, ciekło mu po brodzie, ale już
sięgał po następne kawały paluchami kapiącymi od tłuszczu.
Czuję się też jak mężczyźni ze starego filmiku, przypatrujący
się w skupieniu wieszakowi w galerii sztuki nowoczesnej. W pewnej chwili do
wieszaka podchodzi inny gość, ściąga z wieszaka płaszcz i
wychodzi. Bo to był wieszak.
