Zacznę
od ostrzeżenia. Jeżeli są tutaj jakieś uczucia religijne, to
niech szybciutko uciekają, bo naprawdę nic tu po nich. Po lekturze
mam wiele gorzkich refleksji i mniej lub bardziej kąśliwych uwag na
temat duchownych. Tego konkretnego oraz reszty handlarzy duszami. Czy
raczej niebem i piekłem.
Mam,
co chciałam. Nastawiałam się na opis działalności kolejnego
charyzmatycznego kaznodziei, który czaruje lud. Byłam pewna, że
poznam następnego złotoustego oratora, który – niczym polityk
przed wyborami – roztacza przed tłumem wizję cudownego życia,
jeśli tylko mu się zaufa. Mogłabym się założyć, że dostanę
porcję marketingu podkręcanego głodem. Głodem pewności wiernych,
że ich nieszczęśliwe życie to nie wszystko, na co mogą liczyć.
Marketingu karmionego niemą prośbą w oczach ludzi, którzy pragną,
tak straszliwie pragną usłyszeć, że jest ktoś, kto nad nimi
czuwa i ma nad wszystkim kontrolę. To właśnie otrzymałam.