„Bądź odpowiedzią, nie tylko pytaniem, jesteś sekretem i jeśli go poznam, dowiem się wszystkiego, jesteś wróżbą i chcę wiedzieć, czy dobrą, czy złą, bądź dniem, a nie tylko nocą, choćby najsłodszą”.
„Ty nie rozróżniasz, co dobre, a co złe.
Rozróżniam. Dobro to ciepło i jedza, zło to nędza, głód i buchta”.
To historia o dwóch światach, które nie miały prawa się przeniknąć, ale się przeniknęły. A nawet więcej – zespoliły na dobre i na złe, na życie i na śmierć. W historii pełnej złych zakończeń spotkały się dwie poturbowane dusze, które próbowały przetrwać, każda na swój sposób. W przedwojennym niepokoju, w strachu wojny i „potem”, gdy na każdym ta wojna pozostawiła trwały ślad. Nie tylko na Antonach z PTSD, zaciągniętych do armii i okaleczonych – niekiedy na ciele, zawsze na psychice.
Zacznijmy jednak od początku. Lektura tej książki była podróżą długą i niełatwą, bo „Kasperl i Margit” to bezdialogowe POV. Z jednej strony mamy język wykształconej kobiety z dobrego domu, z drugiej gwarę „bękarta” z biednej dzielnicy, porzuconego przez matkę i przygarniętego przez bandytę (nie bezinteresownie). Część czytelników z pewnością będzie potrzebowała słowniczka, żeby zrozumieć specyficzną mowę poznańskiej biedoty.
Tę dwójkę różniło wszystko, od pochodzenia przez wiek po patrzenie na świat; ich ścieżki się nie przecinały, choć żyli w tym samym mieście. Dopiero widmo wojny, czas wybierania stron, ucieczek i atakowania, szorstkich przyjaźni i związków bez przyszłości sprawił, że splotły się linie pozornie równoległe. Pierwsze spotkanie miało być jedynym, drugie miało tragiczną otoczkę, ale to wtedy przeznaczenie wybrało za nich.
Piszę dość enigmatycznie, bo trudno opowiedzieć tak złożoną fabułę. Naprawdę widać, że autor włożył w nią masę pracy. Poznajemy nie tylko naszą dwójkę, ale i mnóstwo bohaterów pobocznych, z których część przewija się wielokrotnie. Zarówno prostolinijny (by nie rzec: prostacki) Kasper, jak i Małgorzata natykają się na nich w rodzinnym Poznaniu, a także na obczyźnie, w tym w Berlinie. Zagranica wszystkim oferuje nowe życie, choć w przypadku Margit będzie to prezent rodem ze „Sklepiku z marzeniami” Kinga.
Powieść jest obszerna i przebogata w treść, wręcz gargantuiczna, aż w pewnym momencie byłam tym przytłoczona. Ale nie to jest głównym minusem, który bym wymieniła. Gdy nauczyłam się czytać specyficzny język Kaspra, płynęłam przez historię gładko, aż coś mi zgrzytnęło. Na długo zapamiętam, jak nieprzyjemnie zaskoczył mnie fragment:
„...nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że prócz wstydu mają w sobie coś jeszcze, coś wyczuwalnego, choć niezbyt widocznego, gdy stały na ulicach w cerowanych płaszczach i wyliniałych etolach, zagipsowane pudrem, różem i szminką niczym cyrkowi klauni, coś, co czułyśmy wszystkie w tym mieście wojennych kobiet: niezaspokojone pragnienie ciała, które bywa silniejsze od każdego innego pragnienia”.
Od tego momentu bardzo mocno czułam, że główna bohaterka jest pisana przez mężczyznę. Oburzyła mnie insynuacja, że kobiety w czasie potwornej biedy, braku środków na jedzenie, czynsz, głodujących dzieci etc., prostytuowały się przez „niezaspokojone pragnienie ciała”. Choć Maciej Płaza wymienił pozostałe elementy, niesmak pozostał. Szymborska tłumaczyła kiedyś yeti, że „rodzimy dzieci na ruinach”, ale robiła to znacznie subtelniej.
Podsumowując, była to lektura fascynująca, choć nielekka, a miejscami nieprzyjemna. Z jednej strony uważam ją za godną polecenia, z drugiej wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu. Część osób znuży, część podda się przez trudny język (perspektywa Kaspra), a część odrzuci pozbawiona dialogów forma. Ale kto powiedział, że literatura piękna jest prosta?
Na zakończenie, tak a propos pięknego. Złapałam się na myśli, że byłby to piękny romans „mimo wszystko”, gdyby nie scenariusz zaplanowany przez autora. A później złapałam się na kolejnej myśli. Może mimo wszystko to był piękny romans?
Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz