Wyobraźcie sobie świnkę, która wypadła z ciężarówki. Leży na drodze, poobijana i przerażona. Znajduje ją jakiś człowiek, chwyta za kark i wlecze do swojego chlewa, gdzie ją zamyka. Wiadomo, jak skończy się ta historia. A teraz wyobraźcie sobie, że to świnka znalazła człowieka. By być precyzyjną, zwierzoludź chodzący na dwóch nogach i mówiący (zwierzo)ludzkim głosem. Uratowany jest w szoku, a jego przerażenie tylko rośnie, choć otaczający go zwierzoludzie cały czas są ujmująco uprzejmi. Zapraszają go na pyszny obiad, później oprowadzają po farmie. Są przemili, mimo to jego przerażenie tylko rośnie. Nie bez powodu.
Skąd pomysł na przywołanie świnki jadącej do rzeźni (no bo gdzie?)? Żeby lepiej pokazać kontrast, a przy okazji wytknąć wydawnictwu niekonsekwentny opis. Z tyłu 1. tomu można przeczytać: „Ci, którzy prowadzą tę farmę (…), są brutalni i okrutni jak dzikie zwierzęta”. Nie zgadzam się. Oni są brutalni i okrutni jak ludzie. Na farmie nie dzieje się nic, co nie działoby się w rzeźniach – i często w hodowlach. Wystarczyło odwrócić role, opisać miejsce, w którym to homo sapiens są hodowani na mięso, aby treść stała się makabryczna.
Takuya Okada w upiornie spokojny sposób oprowadza nas po świecie przedstawionym. Nie tyle fabuła, ile właśnie on ma szokować. Nie ma tu zawiłej historii, a gdyby było „normalnie” (ludzie hodowaliby zwierzęta), nie byłoby żadnej historii. Tutaj przeraża banalność, zwyczajność postępowania zwierzoludzi – ot, hodowcy mięsa. Ba! Są lepsi, bardziej moralni niż ludzie, bo nie krzywdzą pokarmu i nie marnują ani kawałka.
Pierwszy tom opowiada o farmie i porusza głównie wątek jedzenia ludziny, drugi odlatuje kompletnie i mocno mnie obrzydził. Manga porusza szereg ekstremalnie kontrowersyjnych tematów, łamiąc każde tabu, jakie tylko może złamać. Nie ma granic, nie ma znaku „stop”, autor nie bierze jeńców. Złapałam się na myśli, że przygotowanie recenzji na Instagram czy Facebook wymagałoby ostrej cenzury. W treści przewija się nie tylko hodowla ludzi, ale i kanibalizm, odwrotna zoofilia (humanofilia?), w jakimś sensie pedofilia (gdybym miała wybierać istniejące szufladki, chyba do tej bym to wrzuciła)... Na niektóre zjawiska nie ma nawet nazwy.
Może mój kompas moralny jest uszkodzony, ale obie części czytałam z mściwą satysfakcją i pokochałam pewną krwiożerczą owieczkę. Lektury "Zwierzoludzi" nie polecam, bo nie wiem komu mogłabym ją polecić. Amatorom makabry i przekraczania granic? Weganom fanatykom? Sama na pewno przeczytam „trójkę”, ale nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz