„Od początku zdawał sobie sprawę, że placówką nie powinien kierować mężczyzna, bowiem wiązałoby się to ze zbyt dużym niebezpieczeństwem, iż zostanie on zmanipulowany przez niemoralne i pożądliwe rezydentki”.
Dużo nerwów kosztowało mnie czytanie tego reportażu. Już dawno żaden tekst nie wywołał u mnie tylu negatywnych emocji. Skierowanych ku płci męskiej, doprecyzuję. Jest poświęcony konkretnym działaniom konkretnej osoby (właściwie kilku) na konkretnym terenie, ale opisuje zjawisko znacznie szersze. Ciemną plamę na historii Danii, medycyny oraz feminizmu.
Tytułowa wyspa niechcianych kobiet to duńska Sprogo, na której powstał ośrodek dla pacjentek/pensjonariuszek/więźniarek (wybierz dowolne). Teoretycznie nie były więzione, w praktyce nie mogły opuścić wyspy bez pozwolenia, a nawet gdyby uciekły, nie miałyby dokąd pójść. Tam, skąd pochodziły, wykorzystywano je bez skrupułów. Były bezbronne, często w jakimś stopniu ułomne, ale i tak to one obarczano winą. Za zgorszenie, kuszenie i demoralizację; za mężowską zdradę, a niekiedy za urodę czy jeden z największych duńskich grzechów – odstawanie od reszty. Wystarczył donos.
Sprogo było efektem polowania na czarownice, miejscem zsyłki niewygodnych elementów zaburzających ład w społeczeństwie. Nie "opiekunów", którzy żerowali na naiwności, niedojrzałości czy wręcz upośledzeniu umysłowym dziewcząt. Nie, ich ofiar. Tych, dla których ojciec dziecka mógł być jedynie „mężczyzną z błyszczącymi guzikami”. Tych, których broniła sama żona, błagając, by nie zamykać w więzieniu jedynego żywiciela rodziny. Łatwiej ukarać zaciążoną dziewczynę niż tego, który nielegalnie przypływał na Sprogo „polować na zające”. Jak wielu przed nim, predatorów szukających okazji.
„Trzeba było bardzo uważać, gdzie się szło, bo nie ufało się właścicielom gospodarstw. Uważali, że byłam opóźniona, więc mogą robić, co chcą. Ale ze mną tak nie było. Mówiłam im, że mają własne żony. Że nie przyjechałam tutaj, by mnie wykorzystywali”.
Można kręcić nosem, że autorka przesadza, na pewno nie wszyscy mężczyźni tacy byli. Bo #notallmen. Można, ale dowody na to, że zawsze znajdzie się "opiekun", są aż nadto wymowne i liczne. Niejednokrotnie byli to bliscy, a nawet pracownicy kliniki, w której rezydentki powinny czuć się bezpieczne.
Agnieszka Komosa-Styczeń uzyskała (nie bez trudu) dostęp do teczek pacjentek i zebrała potężny materiał. Próbowała też skontaktować się z członkiniami feministycznych stowarzyszeń, które prężnie działały na rzecz sterylizacji „dziewczyn ze Sprogo”. Co zrozumiałe, nie były zbyt skore do rozmów. Ciągnie się za nimi – jak zresztą za całym narodem – smród eugeniki ubranej w troskę o zdrowe potomstwo obywateli. Dopiero niedawno rząd Danii wystosował przeprosiny za ubezpłodnienie rzeszy kobiet jedynie na podstawie naciąganych diagnoz.
Sporo miejsca w pracy autorka poświęciła analizie duńskiej mentalności, podejścia do imigrantów oraz ogólnie do „obcych”. Ta część najbardziej razi w oczęta czytelników, których skręca na prawo. Ja widzę wielopoziomowe badania wycinka historii, krytykę victim blamingu i hipokryzji. Ten głos jest empatyczny, a przy tym stanowczy i donośny. Jeśli ktoś nazwie go feministycznym – bardzo dobrze. Jeśli dla kogoś to wada – jego problem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz