poniedziałek, 8 grudnia 2025

"Strychnica" Marek Zychla

Kiedy mały kociak prycha i parska, może wydawać się uroczy. Kiedy nieśmiały mężczyzna zgrywa macho, bo uwierzył coachom podrywu... Efekty mogą być co najmniej żenujące. Kiedy książka jest reklamowana jako horror, a nie zawiera grama napięcia, co więcej, zdradza zbyt wiele i zbyt wcześnie, niezadowolone głosy są w pełni zrozumiałe.

Nie skończyłam „Strychnicy”. Wypożyczyłam ją urzeczona okładką i farbowanymi brzegami, zaciekawiona opisem, a oddałam po kilku podejściach do czytania. Zrezygnowałam w okolicy 300. strony, więc chyba można mi wybaczyć. Chciałam, żeby mi się spodobało. Widziałam dążenia autora, żeby zawrzeć w treści sporo wartościowych informacji i naprawdę to doceniam. Tyle że nie zażarło. To dobry związek, w którym nic się nie tli, miły chłopak, który się stara, ale nie czujemy do niego chemii. Boli serce, gdy myślimy o rozstaniu, ale tylko dlatego, że on będzie cierpiał.

Najgorsze, że ta historia ma potencjał. Gdyby napisać ją mroczniej, niejednemu zjeżyłaby włos na głowie, bo sporo w niej scen mrożących krew w żyłach. To znaczy mroziłyby, gdyby dodać im klimatu. Autorowi nie można zarzucić braku wyobraźni, kiedy opisuje koszmary dręczące bohaterów. Niezwykle klimatyczny jest irlandzki krajobraz, zwłaszcza w połączeniu z pogodą. Zimno, paskudnie, mglisto, ponuro i przygnębiająco, do tego zabytkowy ośrodek dla osób niepełnosprawnych intelektualnie – to działa na psychikę. No i znowu, działałoby, gdyby było napisane mroczniej.

Zaczęłam czytać z zainteresowaniem, pomna negatywnych opinii o nudnym, ciągnącym się początku i zbędnych opisach czynności. Poznawałam bohaterów, dowiadywałam się, jak trafili do ośrodka – zarówno pacjenci, jak i opiekujący się nimi wolontariusze. Liczyłam, że kiedy akcja w końcu się rozkręci, wyrwie mnie z butów. Naprawdę, naprawdę długo dawałam jej szansę.

Wszystko mogło tu zagrać, ale nie zagrało. Mamy ośrodek, w którym dzieją się dziwne rzeczy, nie wolno wnosić nic czerwonego, a na noc trzeba dokładnie zamykać okna. Budynek pośrodku niczego i pensjonariusze, którym nikt nie wierzy, choć ich wersje są zaskakująco spójne. Którzy umierają, kiedy tylko opuszczają budynek – albo ktoś nie domknie okna. Czy to nie brzmi intrygująco? No brzmi, ale zbyt szybko dowiadujemy się, co (kto?) nawiedza mieszkańców. Kontakt na linii dobrzy – źli jest rozrysowany w tak infantylny miejscami sposób, że zamiast się przejąć czy przerazić, to się chichrałam. Dosłownie widziałam Sebixa, który nie zniesie zniewagi, podwija rękawy bluzy i cały nadęty robi groźną minę. „Coś ty powiedział? Qwa, idę do ciebie!”

Elementem, który rozbroił mnie do reszty, był gadający kot. To trochę spojler, ale co tam. Kot jest przeuroczy, odgrywa bardzo ważną rolę, ale kiedy przytargał gaśnicę, mówiąc, że trudno było ją zdjąć, bo wisi wysoko... Rechotałam na głos, bo zobaczyłam w głowie, jak do niej skacze (i co by było, gdyby nie zdążył jej złapać). A kiedy przyniósł jednemu z bohaterów wodę, przypomniał mi się mem z odpowiedzią na pytanie: „Kto na starość poda ci szklankę wody?” Nie mogłam już dalej traktować tej książki poważnie.

Podsumowując, nie doczytałam, choć bardzo chciałam, żeby „Strychnica” mi się spodobała. To nie jest zła książka, ale moim zdaniem przydałoby się ją trochę podkręcić. Brakuje jej pazura, mroku i klimatu, a do tego została źle zaklasyfikowana. Najpierw to obyczajówka, później fantasy, fragmentami horror, ale raczej nie na serio. Przez sposób pisania skierowałabym ją do starszych nastolatków. Pięknie wydana i z dobrymi intencjami (naprawdę je doceniam), ale... Przepraszam, Marek, jesteś cudownym chłopakiem, ale musimy się rozstać.


10 komentarzy:

  1. Świetna recenzja, ubawiłam się czytając, chociaż nie powinnam bo też mam tę książkę na półce i teraz mam zerową ochotę na lekturę :) Jak wspominasz o tym Sebiksie to od razu kojarzy mi się książka "20:32", w której też był tak irytująco przerysowany bohater. Za gadającego kota dałabym plus, ale nie wiem czy w horrorze akurat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, jeśli podejdziesz do niej nie jak do horroru, a jak do fantasy młodzieżowego (tak bym ją ustawiła), to chyba może się spodobać. Ale jako horror rozczaruje bez dwóch zdań, to mogę gwarantować :)

      Usuń
    2. Ech, problem w tym, że tak średnio mam ochotę czytać młodzieżowe fantasy. Może muszę poczekać na odpowiedni moment :)

      Usuń
  2. Szkoda, że ta książka Cię zawiodła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, szkoda, bo autor naprawdę się starał, ale lektura mnie wymęczyła, zamiast cieszyć.

      Usuń
  3. Hahah! Nie mój klimat, więc pewnie w ogóle bym po nią nie sięgnęła! Ale motyw rzeczywiście brzmi dobrze.. gdyby nie ten kot, bo też właśnie parsknęłam śmiechem na widok mema :D no i kocham porównanie do randkowania z miłym chłopakiem, do którego nas w ogóle nie ciągnie! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawałam jej szansę właśnie dlatego, że autor naprawdę się starał. Jak ten biedny, miły, kochany chłopak, który nie jest niczemu winny. Tylko to po prostu nie to :/

      Usuń
  4. O kurczę! Jestem nowa na Twoim blogu bo właśnie CIę odkryłam ale już lubię :D
    Też zasugerowałam się okładką, że akurat tą recenzję przeczytałam jako pierwszą i zapewne bym też po okładce zainteresowała się ksiażką. A jeszcze jakby tam były irlandzkie budynki i w ogóe irlandzki klimat (tą Irlandią to ja się zafiksowałam po cyklu Grahama Mastertona, który otwiera książka "Białe kości" - nomen omen polecam bo to świetna ksiązka też z lekką nuta fantasy może - ale naprawdę małą nutą. Tam żaden kot nie podaje wody ani nie nosi gaśnic :D - na szczęście).
    Swoją drogą, aż szkoda, ze nie skończyłaś tej książki, bo Twoje wrażenia z kotem sięgającym po tą gaśnicę rozbudziły moją ciekawość i trochę przywiodły mnie ku jednemu z bohaterów "Mistrza i Małgorzaty" - tam był kot Behemot (zresztą najbardziej ciekawa postać z całej ksiązki). I teraz, jak sobie pomyślę, ile byś mogła jeszcze spostrzeżeń opisać... Ąz jestem ciekawa co ten kot jeszcze robił, nosił... może latał albo sie przenosił w czasie pod konie c ksiązki :D:D:D
    Żartuję
    Pozdrawiam i kilkam "obserwu" jbo juz widzę, że masz ciekawego bloga :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawałam jej szansę, naprawdę długo, ale mało brakowało, a nabawiłabym się przez nią zastoju czytelniczego. Nie ma sensu, czytanie ma być przyjemnością, nie obowiązkiem. Nawet ten kot mnie nie zachęcił do kontynuowania ;)

      Mastertona czytałam jakiś czas temu (tzn. dosyć dawno), ale jakoś zarzuciłam. Pewnie jeszcze kiedyś wrócę, choćby po to, żeby sprawdzić, jak go odbieram po latach.

      Pozdrawiam również, miło Cię widzieć na blogu :) Bywam tu rzadziej niż kiedyś, bo i czytam mniej. Częściej widać mnie na IG, TikToku czy na Wattpadzie. Ale staram się jakoś strasznie nie zaniedbywać tego miejsca. Przynajmniej się staram :)

      Usuń