wtorek, 6 stycznia 2026

„Księgi zapomnianych żyć” Bridget Collins

Jak to jest ukraść duszę? Odebrać komuś nieszczęście i uczynić je... nieszkodliwym? Uleczyć ranę tylko po to, aby można ją było znów zadać po raz pierwszy?”

Księgi zapomnianych żyć” kupiłam z dwóch powodów. Pierwszy to wydanie – cudne, z barwionymi brzegami, przypominające drogocenną szkatułkę z miejscem na klucz. Po otwarciu (symbolicznym przekręceniu tegoż klucza) czytelnicy poznają historię młodego mężczyzny, który ma zostać oprawiaczem. Ma zmieniać wspomnienia w książki, czyścić głowy z bolesnych przeżyć, usuwać koszmary, zostawiając białą plamę, która z czasem zarasta niczym blizna. To książka o świecie, w którym książki są świadectwami traum. Oprawcy prowadzą swoje ofiary do oprawiaczy, a potem... Wszystko zaczyna się od nowa.

Pierwszy powód to przepiękne wydanie, drugim są negatywne opinie. Tak, to jedna z tych książek, które zrażą i zniesmaczą gusta przyzwyczajone do jedynej słusznej wersji prowadzenia powieści. To, co odstaje od normy, wytrąca ze strefy komfortu, bo „czytałoby się lepiej, gdyby” i „czemu wydawnictwo nie ostrzegło”. Ja mogę jedynie wzruszyć ramionami, rzucić malkontentom: „Nie zesrajcie się!” i wystawić tej historii zasłużoną wysoką notę.

I bez złych opinii bym się domyśliła, jaki sekret ukrywa główny bohater. Gdy słyszy rozgoryczone: „Nie masz pojęcia, kim jestem”, na co odpowiada: „Nie, nie mam”, średnio rozgarnięty odbiorca zacznie łączyć kropki. Mimo tej wiedzy czytałam dalej, bo chciałam się dowiedzieć nie „co”, ale „jak”. Długo się zastanawiałam, ile zdradzić Wam z fabuły; czy mówić wprost, czy ominąć temat, jakby w ogóle nie istniał (jak zrobił to wydawca). Może faktycznie wystarczy podać, że to opowieść o świecie, w którym książki są wspomnieniami (krzywd), a oprawiacze są potrzebni i niewygodni zarazem. Zepchnięci na margines jak znachorki czy szeptuchy, które spędzały płody i warzyły mikstury miłosne, ale chodziło się do nich ukradkiem.

Baśniowość jest tu mroczna, a mrok pochodzi od ludzi, nie od wymyślonych potworów. To ludzie krzywdzą, wykorzystują, a później zmuszają ofiary do zapominania. Niby do oprawienia niezbędna jest zgoda, ale nikt nie wnika, czy udzielono jej szczerze. Co więcej, chociaż książki są zakazane, za odpowiednią kwotę trafiają do rąk kolekcjonerów. Albo oprawcy, który może delektować się tym, co zrobił. I wciąż to powtarzać.

Bridget Collins stworzyła dzieło, które boli i wprawia w gniew. W „Księgach...” nie brakuje przykładów ludzkiej podłości, obłudy, ciemnoty i nietolerancji. Są pochodnie i groźby, lęk i poczucie bezkarności. Ale „Księgi...” to również jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie było mi dane poznać. Bardzo się cieszę, że ją mam, bo jest cudowna na zewnątrz i w środku. Stawiam ją na półce obok „Bezgwiezdnego morza” i nie oddam nikomu.

Nie wiedziałem, że szczęście jest takie proste”.

4 komentarze:

  1. Nie słyszałam wcześniej o tym tytule, ale czuję się zachęcona!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy był wokół niej jakiś większy hałas. Recenzji na LC ma sporo, ale bez przesady. Dla mnie to zdecydowanie książkowa perełka :)

      Usuń
  2. Aż musiałam wrócić do swojej recenzji, żeby przypomnieć sobie opinię. Rzeczywiście, wydawca nie uprzedza, na czym polega główny wątek i jest to ciekawe zaskoczenie podczas lektury. Ale żeby z tego powodu wystawiać negatywne opinie? U mnie raczej zadziałał brak chemii - nie czułam tej miłości w pełni, wczytywałam się w nią, ale nic nie poczułam. Stąd raczej brak jakichś wznioślejszych refleksji nad książką. Ale to nowe wydanie z barwionymi brzegami widziałam, wygląda przepięknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest cudne! Kupiłam, ale jakoś nie było sposobności przeczytać... przez kilka dobrych miesięcy, ale nie przeszkodziło mi to co jakiś czas wyjmować z półki i po prostu zachwycać się wyglądem :D

      Usuń