wtorek, 28 kwietnia 2026

"Bestia z Monachium" Rory Clements

Niemcy, lata 30., ideologia nazizmu pełzająca w najlepsze po ulicach, świadomość tego, że już za parę lat, za parę lat… Przez pierwsze rozdziały zastanawiałam się, czemu ja to sobie zrobiłam? Co mnie opętało, żeby sięgać po kryminał, który dzieje się za czasów Hitlera?

Było źle, naprawdę źle, ale nie dlatego, że książka jest źle napisana czy kiepska, tylko czułam dyskomfort. Poznawałam kolejne osoby zachwycone nazizmem, czystością rasy, zatrute nienawiścią do Żydów, zaczadzone kłamstwami płynącymi z radia i gazet. Przez kartki przewijały się kolejne żywe nośniki propagandy. Tak zwani zwykli ludzie. Źle się czytało, naprawdę źle.

W trakcie lektury oswoiłam się z tym światem albo zaczęłam go ignorować i skupiłam na fabule. A o czym opowiada „Bestia z Monachium”? O tajemniczej zbrodni i bohaterze, któremu jako jednemu z nielicznych zależy na znalezieniu prawdziwego zabójcy. Uparcie drąży, mimo że otoczenie (zwłaszcza „góra”) żąda, by odpuścił. Wszak zabójca siedzi w areszcie i chociaż nie przyznaje się do winy, przykładna niemiecka obywatelka wskazała go jako sprawcę. Musi być winny, przecież to Żyd. Prawda?

Im więcej stron było za mną, tym bardziej wciągała mnie ta historia. Kto zamordował młodą Angielkę? Kto okaleczył jej ciało i wypisał na nim dziwne znaki czymś przypominającym szminkę? Kto chce zabić Seba? Bo kto pragnie wysłać go (ponownie) do Dachau, wiadomo od razu. Kto się go wstydzi – też wiadomo. I tu zatrzymajmy się chwilę. Jurgen, nastoletni syn bohatera, kojarzył mi się z córką komendanta obozu zagłady z „Chłopca w pasiastej piżamie”. Zafascynowaną Hitlerem, wręcz rozmodloną, przesiąkniętą na wskroś ideologią. Młody, rozkosznie podatny, zindoktrynowany mózg. Przykre, że dziś – w dobie szeroko dostępnej wiedzy – takie młode umysły można zmanipulować równie łatwo, o ile nie łatwiej.

Książka mi się podobała, ale ma pewne niedociągnięcia. Nie kupiłam wyjaśnienia, wydało mi się zbyt błahe, zwłaszcza po odkryciach Sebastiana. Autor zaprezentował nam taką intrygę, tak rozgrzał wyobraźnię, aby na koniec sprzedać dość banalne rozwiązanie. Poza tym niektóre wątki potoczyły się zbyt gładko, a postaci zmieniły zbyt szybko. Wygodnie dla pisarza, tak samo jak nagłe olśnienia bohatera. Jedno spojrzenie, jeden błyskotliwy ciąg dedukcyjny i on już wie, kto z kim ma romans. Oookeeej.

Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem „Bestia…” bez problemu znajdzie fanów, nie tylko wśród miłośników historii z czasów nazizmu. Skoro mnie wciągnęło, oni powinni być zachwyceni, a pozostali – co najmniej zaintrygowani.

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz